Rok A 2025 – 2026
Czytelnia > Homilie ks. Bulińskiego
II Niedziela Adwentu, Rok A
07.12.2025 r.
Nawróćcie się, bo nadchodzi królestwo niebieskie (Mt 3,1)
Jan Chrzciciel to ostatni prorok, który zapowiadał przyjście Mesjasza. Ewangelia dzisiejsza pokazuje go na Pustyni Judzkiej, gdzie nauczając, wzywa do nawrócenia.
Najczęściej, gdy słyszymy wezwanie do nawrócenia, uważamy, że skierowane jest ono tylko do niewierzących. Gdy zaś człowiek niewierzący przyjmie wiarę, mówimy, że się nawrócił.
W historii zdarzały się nagłe nawrócenia. Takie nawrócenie przeżył św. Paweł pod Damaszkiem. Św. Paweł, zwany Szawłem, był gorliwym faryzeuszem, wykształconym w prawie, ale i zdecydowanym przeciwnikiem pierwszych chrześcijan.
Udał się do Damaszku, by tam prześladować chrześcijan. Wjeżdżając do miasta, oślepiła go niezwykła światłość. Po czym upadł na ziemię i usłyszał głos: Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? Szaweł zapytał: Kim jesteś, Panie? Głos odpowiedział: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. W tym momencie doznał natychmiastowego nawrócenia.
W naszych czasach jednym z bardziej znanych nawróconych na katolicyzm, jest francuski dziennikarz i pisarz, André Frossard (1915 – 1995). Ojciec jego był jednym z twórców komunizm we Francji. Syna wychowywał w duch ateistycznym i antyklerykalnym. André nie był ochrzczony, nie znał modlitw. Nie miał absolutnie żadnego kontaktu z religią.
Dokładnie 8 czerwca 1935 r. znajomy zaprosił 20-letniego André na przejażdżkę po Paryżu. Przejeżdżając koło kaplicy Najświętszego Sakramentu, wstąpił do niej. Frossard z grzeczności czekał na niego przed wejściem. Po chwili, trochę z nudów, postanowił wejść do środka. Doznał tam wówczas nawrócenia.
Kiedy wyszedł, powiedział: Nie wszedłem tam w poszukiwaniu Boga, nie było we mnie żadnego niepokoju religijnego. Wszedłem do kaplicy jako sceptyk, a wyszedłem jako katolik, całkowicie zdumiony tym, co się wydarzyło.
Jan Chrzciciel jednak nie musiał nawracać swoich słuchaczy, bowiem Żydzi, do których przemawiał, byli głęboko wierzący. Mimo to jednak wzywał ich do nawrócenia.
Na czym ono miało polegać?
Nim odpowiemy sobie na to pytanie, wpierw wyobraźmy sobie, że jesteśmy w górach. Zamierzamy udać się do schroniska. Siadamy, otwieramy mapę i szukamy odpowiedniej trasy. Następnie ruszamy w drogę. Załóżmy, że w drodze, pytamy spotkanych turystów, jak daleko jeszcze do schroniska. Słyszymy odpowiedź: Ta droga tam nie prowadzi. Musicie nawrócić i udać się w przeciwnym kierunku. W końcu, wchodzimy na właściwą drogę i docieramy do wybranego celu.
Coś podobnego może zdarzyć się nam i w codziennym życiu. Człowiek bowiem czasami wchodzi i na złą drogę. Może to być droga kłamstwa, nienawiści, droga lenistwa, pychy, czy też inna.
By jednak zejść z niej i wrócić na właściwą, trzeba nie tylko dostrzec zło, które zaprowadziło nas na złą drogę, ale również je usunąć, a w miejsce zła wprowadzić dobro.
Toteż ten, kto szedł drogą kłamstwa, powinien wejść drogę prawdy, kto kroczył drogą nienawiści, powinien wstąpić na drogę miłości, a człowiek leniwy, podążyć drogą pracowitości.
Na tym właśnie polega nawrócenie, którego domaga się Jan Chrzciciel.
Ania ma 36 lat, jest matką dwójki dzieci, pracuje zdalnie. W czasie Adwentu postanawia, okazać więcej serca i cierpliwości dzieciom i mężowi.
Wpierw jednak udaje się do spowiedzi. Wie, że, przyjmując ten sakrament, otrzyma nie tylko rozgrzeszenie, ale i łaskę sakramentalną, czyli pomoc, do tego, by nie poddawać się złu.
Kolejnego dnia wstaje zmęczona, wieczorem bowiem do późna pracowała. Nie ma na nic ochoty. Zmusza się jednak do krótkiej modlitwy. Mówi: Panie Boże, prowadź mnie przez dzień cały. Co prawda, nie czuję entuzjazmu, ale chcę być blisko Ciebie. Proszę Cię, bądź przy mnie i wspieraj mnie.
Nie mniej jednak w ciągu tygodnia nadal nic się nie zmienia. Dzieci ją denerwują, praca stresuje. Coraz częściej podnosi głos. W końcu dostrzega, że przez tydzień, który minął od spowiedzi, jej relacje z rodziną nie polepszyły się.
W końcu wycisza się, mówiąc: Przepraszam Cię Jezu. Znowu nie dotrzymałam słowa. Obiecuję jednak, że w kolejnym tygodniu okażę najbliższym więcej cierpliwości.
Mija kolejny tydzień. Ponownie robi rachunek sumienia. Widzi, co prawda, że w jej życiu jeszcze były momenty złości i niecierpliwości, ale i były chwile, w których pojawiło się ciepło, miłość, zrozumienie i cierpliwość. Postanawia więc trwać nadal na drodze nawrócenia.
Moi Drodzy!
Dzisiaj, w II niedzielę Adwentu, Jan Chrzciciel wzywa i nas do nawrócenia.
Zatem, w tym szczególnym czasie, tak, jak Anna, wejdźmy na drogę nawrócenia. Tak, jak ona, my również przystąpmy do spowiedzi, a postanowienie poprawy, które zrodzi się podczas niej, uczyńmy również naszym postanowieniem adwentowym. Dzięki temu będziemy mieli mocniejszą motywację do pracy nad doskonaleniem siebie.
Gdy zaś dostrzeżemy zło, które wprowadziło nas na złą drogę, porzucimy je, a na to miejsce wprowadzimy dobro. Czyli tam, gdzie było kłamstwo, wprowadźmy prawdę. Zaś, gdzie pojawiła się nienawiść, wejdźmy na drogę miłości, a gdy kroczyliśmy drogą niezgody, wejdźmy na drogę pojednania.
Przede wszystkim jednak, codziennie, podczas modlitwy wieczornej, róbmy rachunek sumienia. Uchroni to nas przed zejściem z dobrej drogi.
IV Niedziela Adwentu, Rok A
21.12.2025 r.
Dzisiaj już IV niedziela Adwentu. Wielkimi krokami zbliżamy się do świat Bożego Narodzenia. Czekając na nie, robimy porządki, poszukujemy prezenty, dekorujemy mieszkania, domy i obejścia, a także przygotowujemy potrawy wigilijne i świąteczne.
Gdy jednak skupimy się na zewnętrznych przygotowaniach, wówczas łatwo zapomnieć, że prawdziwa radość Bożego Narodzenia nie płynie z rzeczy, lecz z obecności Jezusa w sercu. Istota tych świat przecież jest niezwykle prosta. Bóg, przychodzący w pokorze, ubóstwie i w ciszy, chce zamieszkać w naszych sercach.
Można zatem mieć bardzo skromne święta, a przeżyć je głęboko. Ale i można mieć piękną choinkę, bogato zastawiony stół i pozostać wewnętrznie pustym. Stanie się tak, gdy Jezus nie narodzi się w naszych sercach. Wówczas mimo, że będziemy śpiewać: Bóg się rodzi, zabraknie głównego bohatera świąt, Jezusa.
Tę prawdę pięknie wyraził nasz wieszcz, Adam Mickiewicz, w słowach: Jezus narodził się w betlejemskim żłobie, lecz biada ci, gdy nie narodził się w tobie.
Znalazłem poruszający wiersz zatytułowany: Przyszedłem do was. Posłuchajmy go. Mam nadzieję, że jego słowa otworzą Jezusowi niejedno serce.
Przyszedłem do was
w nocy cichszej, niż szept modlitwy.
Nie wybrałem marmurów, ani tronów.
Wybrałem stajnię, zimną i ubogą,
bo chciałem, by każdy — absolutnie każdy —
mógł podejść do Mnie bez lęku.
Stałem się Dzieckiem,
aby nikt nie bał się Mojej wielkości.
Nie wybrałem marmurów, ani tronów.
Wybrałem stajnię, zimną i ubogą,
bo chciałem, by każdy — absolutnie każdy —
mógł podejść do Mnie bez lęku.
Stałem się Dzieckiem,
aby nikt nie bał się Mojej wielkości.
Jednak, kiedy przychodzę,
przechodzicie obok Mnie tak,
jakby Mnie nie było
jakby Mnie nie było
Byłem blisko was…
Byłem w spojrzeniu człowieka,
które wołało o chwilę troski.
Byłem w dłoni wyciągniętej po odrobinę dobroci.
Byłem w samotności, której nikt nie chciał zauważyć.
które wołało o chwilę troski.
Byłem w dłoni wyciągniętej po odrobinę dobroci.
Byłem w samotności, której nikt nie chciał zauważyć.
Byłem w cierpieniu, które potrzebowało obecności.
Wielokrotnie przemierzałem wasze drogi,
ukryty w drugim człowieku,
ukryty w drugim człowieku,
Jednak, nie zostałem zauważony.
Przyszedłem z Miłością…
Miłością wierniejszą niż Jezusowi wschód słońca.
Miłością, która tyle razy była odrzucona,
a mimo to wciąż wracała.
Miłością, która tyle razy była odrzucona,
a mimo to wciąż wracała.
Tymczasem, nie ma miejsca dla Mnie,
brakuje również ciszy,
w której mógłbym przemówić.
brakuje również ciszy,
w której mógłbym przemówić.
Wiele razy słyszę:
Poczekaj, Jezu… jeszcze nie teraz.
Jeszcze nie jestem gotowy.
Muszę przecież się poprawić.
Muszę być godny.
Jeszcze nie jestem gotowy.
Muszę przecież się poprawić.
Muszę być godny.
Nie szukam jednak doskonałości.
Nie przychodzę do was tylko wtedy,
gdy jesteście idealni,
gdy jesteście idealni,
ale wtedy, gdy jesteście spragnieni.
Po prostu przychodzę, bo was kocham.
Szukam tylko prawdziwych serc,
które mają odwagę dać Mi choć odrobinę miejsca,
choćby mały, ubogi kącik,
jak w betlejemskiej grocie.
choćby mały, ubogi kącik,
jak w betlejemskiej grocie.
Odchodzę,
gdy zamknięte drzwi serca nie pozwalają Mi wejść.
gdy zamknięte drzwi serca nie pozwalają Mi wejść.
Nie odchodzę jednak z wyrzutem.
Nie zostawiam za sobą gniewu.
Zostawiam tęsknotę.
Głęboką, jak noc betlejemska,
cierpliwą jak Miłość.
Tęsknotę która czeka.
Czeka uparcie.
Czeka cierpliwie.
Czeka, bo wierzy,
że przyjdzie taki dzień,
taka chwila,
taki moment,
że usłyszycie Moje pukanie.
Nie zostawiam za sobą gniewu.
Zostawiam tęsknotę.
Głęboką, jak noc betlejemska,
cierpliwą jak Miłość.
Tęsknotę która czeka.
Czeka uparcie.
Czeka cierpliwie.
Czeka, bo wierzy,
że przyjdzie taki dzień,
taka chwila,
taki moment,
że usłyszycie Moje pukanie.
Przychodzę codziennie
w drugim człowieku.
W Eucharystii.
W Słowie, które daje nadzieję.
W modlitewnej ciszy.
w drugim człowieku.
W Eucharystii.
W Słowie, które daje nadzieję.
W modlitewnej ciszy.
I wciąż wierzę,
że znajdzie się choć mały kąt w waszym sercu —
nie idealny,
nie doskonały…
Po prostu szczery.
A wtedy narodzę się na nowo.
Dla ciebie.
Na zawsze.
że znajdzie się choć mały kąt w waszym sercu —
nie idealny,
nie doskonały…
Po prostu szczery.
A wtedy narodzę się na nowo.
Dla ciebie.
Na zawsze.
Wciąż jednak proszę…
nie o doskonałość,
lecz o miejsce,
lecz o miejsce,
choćby małe,
choćby ubogie,
choćby ubogie,
choćby tam,
gdzie człowiek zrobi Mi odrobinę przestrzeni.
Drogie Siostry i Bracia,
w tym świętym czasie oczekiwania
Jezus stoi u drzwi naszego serca
i cicho kołacze.
Nie żąda — prosi.
Nie narzuca się — czeka.
Nie osądza — kocha.
w tym świętym czasie oczekiwania
Jezus stoi u drzwi naszego serca
i cicho kołacze.
Nie żąda — prosi.
Nie narzuca się — czeka.
Nie osądza — kocha.
Czeka ciągle na jedno tylko słowo:
Wejdź Jezu.
Jezus, jak przyszedł na świat w ludzkim ciele, tak też gotowy jest przyjść do nas w każdej chwili i o każdej godzinie. Toteż, zaprośmy Go, aby zamieszkał w nas, ale i w naszych rodzinach i darzył nas łaską.
Co jednak mają robić ci, którzy przez nieroztropne decyzje, a często skrzywdzeni przez drugiego człowieka, nie mogą przystąpić do Komunii św.?
Powinni trwać przy Chrystusie, klękać do modlitwy, uczestniczyć we Mszach św., a przede wszystkim w życiu codziennym kroczyć drogą miłości.
Dobrze byłoby, gdyby tak, jak ks. Dolindo Ruotolo, włoski kapłan i mistyk, modlili się słowami: Jezu, Ty się tym zajmij!
Zatem, niech zawierzą Bogu zgodnie ze słowami Psalmu: Zrzuć swą troskę na Pana, a On cię podtrzyma (Ps 55,23). Niech oddadzą kontrolę nad sytuacją, której sami nie potrafią rozwiązać. Nie chodzi o ucieczkę od odpowiedzialności, lecz o uznanie, że Bóg widzi więcej i działa mądrzej, niż potrafimy sobie wyobrazić.
Na zakończenie zapytam, czy przyjmiesz Jezusa? Czy zaprosisz Go do swego serca?
Nowy Rok 2026
Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Stara legenda opowiada o bardzo bogatym, ale i skąpym rycerzu. Mieszkał w pięknym zamku. Pewnego dnia przyszedł do niego ubogi pielgrzym i prosił o nocleg. Rycerz wyprosił go, mówiąc krótko: To nie jest zajazd.
Pielgrzym nie zraził się. Zwracając się do rycerza, powiedział: Zadam ci trzy pytania i pójdę sobie. Rycerz zgodził się.
Kto przed tobą mieszkał w tym zamku? Mój ojciec. A kto przed ojcem? Mój dziadek. A, kto po tobie będzie mieszkał? Jeżeli Pan Bóg pozwoli to mój syn.
Zobacz, twój ojciec, jak i dziadek, mieszkali tu przez określony czas. Z tobą będzie podobnie. Po tobie zaś zamieszka tu twój syn. Zatem, jesteś tutaj gościem. Zamek zaś, w którym mieszkasz, w pewnym sensie jest zajazdem. Odchodząc z tego świata, opuścisz go. A wówczas staniesz przed Bogiem, by zdać sprawę ze swego życia. Bóg wówczas zadecyduje i to nie o kilkunastu, czy kilkudziesięciu latach twego życia, ale o twojej wieczności.
Rycerz wziął sobie te słowa do serca. Przenocował pielgrzyma. Od tego czasu starał się pomagać ubogim.
To tylko legenda. Ma ona jednak głęboki morał.
Są chwile, które skłaniają człowieka do głębszej refleksji. Często taka chwila rodzi postanowienie, które nieraz zmienia diametralnie życie człowieka.
Nie jeden z was z pewnością przeżył coś takiego. Również w moim życiu przeżyłem taki moment. Było to prawie 40 lat temu, dokładnie 11 czerwca 1987 r. W tym dniu Jan Paweł II miał przyjechać do Gdyni. Wcześnie rano, wyruszyłem wraz z parafianami na to spotkanie. W drodze pojawiła się myśl, by tak historyczne wydarzenie upamiętnić konkretnym postanowieniem. Wówczas zdecydowałem, że rzucę palenie papierosów. Dotychczas próbowałem wiele razy pozbyć się tego nałogu, lecz bezskutecznie. Tym razem udało się.
Moi Drodzy!
Wczoraj pożegnaliśmy Stary Rok. Rozpoczynamy nowy. Dzień 1 stycznia, to taki dzień, w którym wielu robi postanowienia. Warto i w tym roku tak postąpić.
W dzisiejszych czasach mało jest życzliwości. Z roku na rok narasta obojętność, znieczulica, jednym słowem niewrażliwość. Podczas kolędy, mogłem to często zaobserwować. Nawiedzając domy, spotykałem osoby, którym dokuczała samotność. Niestety, byli i tacy, na szczęście nieliczni, których nie odwiedzały nawet własne dzieci.
Podczas kolędy, nawiedzając samotnych, najczęściej informowałem, że w parafii jest Akcja Katolickiej, a w niej prężnie działająca sekcja charytatywna. Członkowie tej sekcji wspierają chorych, potrzebujących, samotnych i starszych.
Zaś tym, którzy byli sprawni, mówiłem, że sekcja charytatywna Akcji Katolickiej potrzebuje nowych sił, nowych członków. Prosiłem, by przyszli pomóc, bowiem wyjście z domu, pomoc udzielona potrzebującym, krótko mówiąc otwarcie serca, to najlepsze lekarstwo na samotność.
Zgodziły się jedynie dwie osoby. Niestety, znieczulica głęboko zakorzeniła się także w sercach ludzi samotnych. Po kilku tygodniach, na twarzach tych dwojga, można był zobaczyć uśmiech. Po prostu promieniowali optymizmem i radością.
Wówczas przekonałem się, że w słowach Jezusa: Więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu (Dz. Ap. 20/35), jest wiele, wiele mądrości.
Bł. Stefan kardynał Wyszyński pięknie powiedział: Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy okazać ludziom serca, bliskości, współczucia, dobroci...
Słowa te niech zrodzą w naszych sercach postanowienie noworoczne. Zatem postanówmy, że przez cały rok 2025 będziemy okazywać ludziom bliskość, współczucie, dobroć, krótko mówiąc jak najszerzej rozumianą życzliwość. W takim postanowieni niech również utwierdzą nas słowa św. Grzegorza Wielkiego: Zabierz ludziom życzliwość to tak, jakbyś zabrał im słońce.
Zatem postanówmy, że przez cały rok nie tylko będziemy koncentrować się na swoich problemach i potrzebach, ale i zatroszczymy się o samotnych. Wówczas w naszych sercach zagości pokój, radość i szczęście, bo więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu.
Toteż rozejrzyjmy się wokół siebie. Nie daleko nas są z pewnością samotni, chorzy, nieszczęśliwi, po prostu potrzebujący. Odwiedźmy ich, dajmy im swój czas, swoją obecność, uśmiech i życzliwość. Przez cały rok 2026 miejmy przed oczami słowa św. Grzegorza Wielkiego: Zabierz ludziom życzliwość to tak, jakbyś zabrał im słońce.
Idźmy zatem przez 2026 r. z życzliwością w sercu, ale i na ustach, a przede wszystkim w ramionach.
Święto Objawienia Pańskiego
6 stycznia 2026 r., Rok A
Mędrcy, gdy zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją, upadli na twarz, oddali Mu pokłon i ofiarowali dary. Otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny (Mt 2,11-12).
Jezus narodził się w betlejemskim żłobie, z dala od pałaców, a nawet od ludzkich osiedli. Mimo to wieść o Jego narodzeniu rozeszła się po całej ziemi.
Jako pierwsi dowiedzieli się o Jezusie pasterze. Oznajmił im o Nim anioł. Wieść ta dotarła również do Mędrców, mieszkających w dalekim kraju. Do groty betlejemskiej przyprowadziła ich Gwiazda.
Nie wiemy, co to za Gwiazda. Nie wiemy również w jaki sposób skłoniła Mędrców do wyruszenia w daleką drogę do Betlejem.
Wiem jednak, że Mędrcy, gdy ją ujrzeli, wyruszyli bez wahania w kierunku Jerozolimy. Wiemy również, że Gwiazda przyprowadziła ich dokładnie do Betlejem.
Gdy przybyli do groty pasterskiej, oddali Jezusowi pokłon i złożyli dary: złoto, kadzidło i mirrę. Św. Leon Wielki, a także św. Ireneusz, byli zdania, że Mędrcy, ofiarując Jezusowi złoto, uznali Go za Króla, a darując kadzidło, za Boga, natomiast składając w darze mirrę, uznali Go za Zbawiciela. Mirra z zasady służyła do namaszczenia zmarłych. Zatem, dar ten był niejako zapowiedzią przyszłego pogrzebu Jezusa.
Potem inną drogą udali się do ojczyzny (Mt 2,12). Drogę tę wyznaczył Bóg. Zaś anioł jedynie o niej ich poinformował. Nie chodziło jednak tylko o zmianę trasy. Zmiana dokonała się w ich sercach.
Mędrcy, jako poganie, czyli ludzie z poza narodu żydowskiego, rozpoznali w Jezusie Mesjasza i Syna Bożego. Tę wyjątkową nowinę zanieśli do krajów pogańskich. Tym samym Jezus objawił się całemu światu, a nie tylko Izraelowi. Dlatego święto dzisiejsze nazywamy Świętem Objawienia Pańskiego.
Niejeden z nas może powie, Mędrcy znaleźli się w wyjątkowo komfortowym położeniu. Gwiazda bowiem doprowadziła ich do Jezusa. My natomiast nie mamy takiego wsparcia.
Czy rzeczywiście jesteśmy zdani tylko na siebie?
W każdym katolickim kościele, dokładnie w jego centralnym miejscu, pali się czerwona lampka, zwaną „wieczną lampkę”. Lampka ta, jak gwiazda betlejemska, wskazuje, że w tabernakulum jest obecny w Najświętszym Sakramencie Jezus. Toteż, w każdym katolickim kościele, na całym świecie, klękając przed tabernakulum, klękamy przed Jezusem.
Wierzymy, że Jezusa jest obecny w tabernakulum. Nie jeden może jednak zapytać, czy również Jezus powie nam, jak anioł Mędrcom, jaką drogą powinniśmy kroczyć przez życie?
Jezus nie musi posyłać anioła. On sam mówi do nas we Mszy św., dokładnie podczas Liturgii Słowa. Przecież w Ewangelii są spisane Jego słowa.
Pewien człowiek wracał z pracy do domu zawsze tą samą drogą. Na jednej z ławek siedział starszy mężczyzna. Zawsze milczący. Mijał go przez cały tydzień. W niedzielę, uczestnicząc we Mszy św., usłyszał słowa Ewangelii: Byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić (Mt 23,42). Wówczas postanowił, jeżeli ponownie spotka tego mężczyznę, zatrzyma się przy nim.
Następnego dnia zobaczył go i rzeczywiście zatrzymał się przy nim. Usiadł obok. Zapytał, czy czegoś potrzebuje. Kupił herbatę. I porozmawiał z nim.
Zapewne, człowiek ten znał już przedtem powyższe słowa Jezusa. My również je znamy. Jednak, gdy przejął się nimi, a konkretnie, gdy postąpił zgodnie z nimi, wówczas dopiero wszedł na drogę, którą wskazał mu Jezus.
Z Jezusem spotykamy się nie tylko podczas słuchania Słowa Bożego. W szczególny sposób spotykamy Go w Komunii św. Jednak przyjęcie Komunii św. nie może być tylko, rutynowo dokonującym się rytuałem podczas Mszy św.
Świadomi tego, że mamy Jezusa w sercu, powinniśmy zanieść Go także do swego domu, sąsiedztwa, ale i miejsca pracy. A wniesiemy Go, jeżeli pojawimy się tam z sercem przepełnionym miłością. Wnosząc bowiem miłość do swego środowiska, wnosimy również Jezusa.
Załóżmy, że wracamy do domu, w którym niezgoda podzieliła rodzinę. Wówczas, wnosząc tam odrobinę miłości, zainicjujemy pojednanie i pokój.
Z Jezusem spotykamy się również podczas modlitwy. A modlitwa jest rozmową z Bogiem. Rozmawiając zaś, nie tylko mówimy, ale i słuchamy drugiej strony. Zatem, w czasie modlitwy nie tylko „zagadujmy” słowami Jezusa, ale i wsłuchujmy się w natchnienia, które nam śle.
Leon XIV powiedział, że Bogu nie podobają się modlitwy, które nie rodzą miłości do braci. Zatem, niech każde spotkanie z Jezusem na modlitwie, podczas słuchania Słowa Bożego, czy przyjmowania Komunii św. rodzi w naszych sercach życzliwość. Miejmy tego świadomość.
Czy spotkania z Jezusem napełniają moje serce miłością? Czy dzięki modlitwie, uczestnictwu we Mszy św., jak i przyjęciu Komunii św., staję się lepszy? Czy spotkania z Jezusem wprowadzają mnie na drogę miłości?
II Niedziela Zwykła, Rok A
18.01.2026 r.
Wielu przychodziło nad Jordan, do Jana Chrzciciela, aby słuchać go, ale i, by przyjąć chrzest. Przychodzili grzesznicy, zagubieni, poszukujący, ale i ciekawscy. Tłum był ogromny. Pośród tego tłumu pojawił się również Jezus. Zewnętrznie nie różnił się od innych. Jan jednak rozpoznał w Nim Mesjasza.
Po czym Go rozpoznał?
Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w dzisiejszej Ewangelii. Czytamy w niej: Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest tym, który chrzci Duchem Świętym (J, 1, 34). Jan zatem, gdy ujrzał Ducha Świętego zstępującego na Jezusa, powiedział zdecydowanie: Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata (J 1). Tym samym, Duch Święty wskazał Janowi Jezusa, nazywając Go Synem Bożym.
Tak samo jest w naszym życiu. Nam również Duch Święty wskazał Jezusa, w którego uwierzyliśmy. To On zrodził w naszym sercu wiarę. Skąd to przekonanie?
Wyraźnie mówi o tym św. Paweł, gdy pisze: Nikt nie może bez pomocy Ducha Świętego powiedzieć: „Panem jest Jezus” (1 Kor 12/3).
Do ks. arcybiskupa Fultona Sheena przyszła siostra umierającego człowieka. Prosiła, by porozmawiał z nim. Brat jej bowiem odszedł od Boga i Kościoła już przed 30 laty. Powiedziała mu również, że brat nie chciał z żadnym księdzem rozmawiać. Wygonił już prawie 20 księży.
Arcybiskup jednak poszedł nawiedzić jej brata. Spotkanie to trwało zaledwie kilka sekund. Został zwyczajnie przez niego wyrzucony. Nie zniechęcił się jednak. Od czasu do czasu przychodził do niego. Za każdym razem był jednak wyrzucany.
Gdy zorientował się, że jego śmierć jest bliska, przyszedł z Najświętszym Sakramentem. Gdy go wyrzucał z sali szpitalnej, powiedział, dzisiaj nie przyszedłem sam. Z kim przyszedłeś, zapytał. Ze mną jest Jezus. Czy Jego też wyrzucisz? Chory nic nie odpowiedział, lecz wezwał pielęgniarkę, by go wyprowadziła. Arcybiskup, będą już przy drzwiach, wrócił, uklęknął przy łóżku i szepnął mu do ucha: Wyrzuciłeś mnie, nie mam żalu. Obiecaj mi jednak, że gdy zbliży się śmierć, powiesz: Jezu mój, zmiłuj się nade mną.
Wkrótce umarł. Arcybiskup zapytał pielęgniarkę, która była obecna przy jego śmierci, jak wyglądało jego odejście. Powiedziała, minutę po wyjściu księdza, ten człowiek zaczął powtarzać: Jezu mój, zmiłuj się nade mną. Powtarzał te słowa aż do śmierci. Nie była to jedynie zasługa arcybiskupa. Była to szczególna łaska, którą dał umierającemu Duch Święty.
Mając świadomość ogromnej mocy Ducha Świętego, powinniśmy prosić Go o wiarę dla siebie, dla swoich bliskich, a szczególnie dla swoich dzieci. Bowiem w dzisiejszych czasach zdarza się, że dzieci, nawet wierzących i praktykujących rodziców, czasami odchodzą od Boga.
Jak w takiej sytuacji rodzice powinny się zachować?
Nie mogą odwracać się od swych dzieci. Powinni przede wszystkim otoczyć je miłością. Miłość zaś powinna skłonić do powstrzymania się od ciągłych nacisków, jak i od presji. Autentyczna zaś miłość domaga się również, by upomnieli swoje dzieci. To rodziców obowiązek. Jednak, gdy upominają swoje dzieci, powinni czynić to z miłością, z ogromną miłości.
Po drugie. Rodzice, którzy kochają swe dzieci, powinni za nie modlić się. Niech codziennie powtarzają: Panie, dzieci nasze są również Twoje. Ja nie mogę ich zmienić, Ty możesz. Wejdź do ich serca, gdy znajdziesz w nim najmniejszy szczelinę.
To nie wszystko. Rodzice powinni także ukazać dzieciom, że żyją zgodnie z Ewangelią. A wówczas świadectwo ich życia może skłonić ich dzieci do powrotu na drogę wiary.
Taką postawę wobec syna, Augustyna, przyjęła św. Monika. Bardzo go kochała, modliła się o wiarę dla niego, ale i dała mu przykład chrześcijańskiego życia. Św. Augustyn bowiem był niewierzącym, a nawet szydzącym z chrześcijaństwa. A do tego żył w grzechu. Znane są jego słowa: Panie, daj mi czystość, ale jeszcze nie teraz. Augustyn jednak, mimo modlitw swojej matki ciągle miał zamknięte serce.
W końcu latem, w 368 r., w Mediolanie, w ogrodzie przy domu, w którym mieszkał, usłyszał słowa „bierz i czytaj”. Otwierając Pismo Święte, natrafił na słowa: Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom (Rz 13, 13-14). Wówczas nawrócił się. Potem z wielkim przekonaniem powiedział: Niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie, o Panie.
Drodzy Rodzice! Niech św. Monika będzie dla was wzorem. Zatem, kochajcie swe dzieci, tak jak ona, módlcie się za nie, a przede wszystkim dawajcie im przykład chrześcijańskiego życia. Dzieci bowiem najczęściej odchodzą od Boga, gdy widzą rozdźwięk między życiem rodziców a Ewangelią. Natomiast, gdy zobaczą, że rodzice, żyjąc Ewangelią, wprowadzili do domu miłość, przebaczenie i życzliwość, a rodzinie zapanowała zgoda, pojednanie i wzajemna pomoc. Wtedy zapewne tak łatwo nie odejdą od wiary.
Moi Drodzy. Jeżeli słabnie wasza wiara, proście Ducha Świętego, by ją wzmocnił.
A, gdyby wasze dzieci odeszły od wiary, po raz drugi powtórzę, módlcie się do Ducha Świętego o wiarę dla nich, otaczajcie je miłością, a przede wszystkim dajcie im przykład życia chrześcijańskiego. Resztę zostawcie Duchowi Świętemu. Na pewno Was nie zawiedzie.
III Niedziela Zwykła, Rok A
25.01.2026 r.
Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, …opuścił Nazaret, poszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem… Odtąd począł nauczać i mówić: „Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie (Mt 4, 12-13, 17).
Publiczna działalność Jezusa trwała trzy lata. W tak krótkim czasie sam nie był wstanie dotrzeć z Ewangelią do wszystkich.
Toteż, na początku publicznej działalności, powołał Szymona, zwanego Piotrem, oraz brata jego, Andrzeja. Powołał również Jakuba, syna Zebedeusza, i brata Jego, Jana. Potem powołał kolejnych apostołów, jak i wielu uczniów. A, po swoim zmartwychwstaniu, powiedział do nich: Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego (Mt 28,19).
Powołując ich do głoszenia Ewangelii, niejako oświadczył:
Potrzebuję waszych rąk, bym mógł dalej błogosławić.
Potrzebuje waszych warg, by nadal nauczać.
Potrzebuję waszego ciała, by dalej cierpieć.
Potrzebne jest mi wasze serce, by kochać.
Potrzebuję was, by dalej zbawiać.
Tak rozpoczęło się wielkie dzieło ewangelizacji. Trwa ono już 21 wieków. Apostołowie, uczniowie, a później misjonarze, głosząc Słowo Boże, nie zawsze byli życzliwie przyjmowani. Często spotykali się z niezrozumieniem. Niektórych prześladowano, a nawet zabijano.
W ostatnim stuleciu podobnie było i w Polsce. Starsi doskonale pamiętają te lata. Był to czas niemieckiej okupacji, a potem czas komunizmu. W tym czasie głoszenie Ewangelii, ale i wyznawanie wiary, nie było łatwe, ani proste.
W czasie niemieckiej okupacji doświadczyli tego kapłani Diecezji Chełmińskiej. Po prostu 2/3 kapłanów z tej Diecezji zostało przez okupanta zamordowanych.
Natomiast, w czasach komunizmu prześladowań doświadczył ks. Jerzego Popiełuszki, kapłani związani z „Solidarnością”, czy też uwięziony Prymas Polski, Ks. Kardynał Stefan Wyszyński. A poza tym wielu kapłanów było śledzonych, jak i prześladowanych przez SB. Mimo to pełnili swoją posługę kapłańską, a Seminaria Duchowne były wypełnione.
Dzisiaj również Kościół w Polsce nie ma łatwego czasu. Coraz mniej jest kandydatów do kapłaństwa. W samym 2022 r. z mapy Polski zniknęło 30 seminariów duchownych diecezjalnych, jak i zakonnych. A nagłośnione skandale obyczajowe, dokonane przez duchownych, ciągle sieją zgorszenie. Jakby tego było mało, wielu, szczególnie młodych, oddaliło się od Kościoła, zaś w codziennym życiu gonią głównie za tym, co materialne.
Krótko mówiąc, życie młodych nastawione jest na to, by „MIEĆ”, a nie na to, by „BYĆ”.
Człowiek, który w życiu kieruje się zasadą „MIEĆ”, skupia się na posiadaniu. Po prostu pragnie mieć pieniądze, dobry sprzed, markowe ubrana, przydatne rzeczy… Życie „nastawione na mieć” to życie, w którym wartość człowieka mierzy się tym, co posiada, a nie tym, kim jest.
Ktoś powie, co w tym złego, że posiadam pieniądze? Przecież dzięki nim, mogę nabyć mieszkania, kształcić dzieci, zwiedzać świat, czy też wypoczywać w ciepłych krajach…
Odpowiadam. Jeżeli pieniądze ułatwią życie człowiekowi, jeżeli zapewnią rodzinie godne warunki mieszkaniowe, jeżeli rodzice dzięki nim mają środki na kształcenie dzieci, ale i na wspieracie potrzebujących, wówczas wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pieniądz wówczas jest po prostu wyłącznie środkiem, pomagającym w życiu. Zaś, pieniądz nie może być celem życia, bowiem wówczas staje się bożkiem. Zatem, by nie zawładnął nami materializm, powinniśmy kierować się zasadą „BYĆ”.
Człowiek, który idzie tą drogą, nie stawia tylko na dobra materialne. Więcej uwagi poświęca refleksji nad sobą i swoim wnętrzem. Taki człowiek jest otwarty na Słowo Boże. Zaś człowiek, gdy wprowadzi słowa Ewangelii w swoje życie, wówczas wejdzie na drogę miłości. A wtedy, stanie się bardziej empatyczny, odpowiedzialny, życzliwy, przebaczający, kochający… Po prostu, człowiek żyjący Ewangelią, praktycznie staje się doskonalszym człowiekiem.
Idźcie i nauczajcie wszystkie narody (Mt 28,19). Ten nakaz Jezusa jest ciągle aktualny. Trudne warunki, w których przyszło żyć w XXI wieku, nie zwalniają z obowiązku głoszenia Ewangelii. Zatem, w trosce o to, by Ewangelia była nadal głoszona, módlmy się, by nie zabrakło krzewicieli Słowa Bożego.
Świat również potrzebuje Eucharystii, a także tęskni za konfesjonałem i Jego tajemnicą. Zatem módlmy się także o dobrych i świętych szafarzy sakramentów świętych.
Sami również głośmy Ewangelię. Głośmy Ją przede wszystkim chrześcijańskim życiem. Oby ci, którzy odeszli od Boga, patrząc na nas, dostrzegli Ewangelię.
V Niedziela Zwykła, Rok A
8 lutego 2026 r.
Wy jesteście solą ziemi… (Mt 5,13)
Te słowa Jezus skierował do swoich uczniów. Kieruje je również do nas. Jesteśmy przecież również Jego uczniami.
Jezus wiedział, że sól nadaje smak potrawie, czyniąc ją lepszą. Wiedział również, że sól chroni potrawę przed zepsuciem. Toteż, przemawiając do swoich uczniów, posłużył się przykładem soli. Mówiąc do nich: Wy jesteście solą ziemi…, dał im do zrozumienia, że chce, by w życiu pełnili taką rolę, jaką pełni sól. Po prostu chciał, by swoje życie, jak i bliźnich, czynili „smaczniejszym” i lepszym.
Jak to mieli zrobić?
Jezus, nauczając, powiedział: Po tym poznają inni, żeście uczniami moimi, jeżeli będziecie miel miłość jedni ku drugim. W tych słowach wyraźnie wskazał, że Jego uczniami są ci, którzy w życiu kierują się miłością. Słowa: Kierują się miłością brzmią pięknie i szlachetnie. Jednak, jak te wzniosłe słowa przełożyć na codzienne życie? Zapytajmy wprost, do czego miłość nas zobowiązuje?
Zanim odpowiemy na to pytanie, wpierw zastanówmy się, czym jest miłość?
Miłość najczęściej kojarzy się z uczuciem. Jednak uczucie jest zmienne, ale i nie zależy od naszej woli. Toteż, gdyby miłość opierała się na emocjach, nie byłaby trwała.
Zatem, istota miłości tkwi w woli, w pragnieniu. Krótko mówiąc, kocha ten, kto czyni drugiemu dobrze, życzy mu dobrze, ale i mówi o nim dobrze.
Potwierdza to św. Jan w słowach: Nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą (1 List św. Jana 3,18). Zatem, prawdziwa miłość polega na konkretnych działaniach, ale i na „prawdzie”, czyli na zgodności między sercem, słowem i działaniem. Zatem, jeśli ktoś mówi „kocham”, a nie czyni dobra, jego miłość nie jest prawdziwa.
Skoro ten, kto kocha, obdarza ukochanego dobrem, a dobro dane ludziom, czyni ich życie lepszym i szczęśliwszym, to wniosek jest oczywisty – „solą ziemi”, o której mówi Jezus, jest MIŁOŚĆ. To ona czyni życie „smaczniejszym”, po prostu lepszym.
Wyobraź sobie dwie osoby w pracy. Pierwsza jest uczciwa, prawdomówna, pracowita. Jest jednak chłodna i obojętna. Najczęściej myśli i troszczy się o siebie.
Druga osoba jest również uczciwa, pracowita i obowiązkowa. Potrafi jednak zauważyć, że ktoś ma ciężki dzień, że potrzebuje pomocy. Chętnie zawsze pomaga. Jest osobą empatyczną.
Zapytam, z kim żyłoby się lepiej? Przy kim życie byłoby „smaczniejsze”? Każdy bez wahania wskaże drugą osobę.
Podobnie jest w codziennym życiu. Chętnie wracamy do domu, w którym panuje miła atmosfera. Z przyjemnością idziemy do zakładu pracy, w którym spotykamy się z życzliwością. Ale i miło nam się mieszka, gdy mamy przyjaznych sąsiadów.
Zaś, życie bez miłości staje się „mdłe”, trudne i uciążliwe.
Sól jednak, nie tylko nadaje smak potrawie, ale i ją konserwuje i chroni przed zepsuciem. Toteż, każdy, kto żyje zgodnie z przykazaniami, swoim przykładem zachęca do dobrego życia, a jednocześnie ochrania niejednego przed złem.
Taką rolę w obozie koncentracyjnym odegrał rotmistrz Witold Pilecki.
Rotmistrz Pilecki był wyjątkowym człowiekiem. Ryzykując życiem, dobrowolnie dostał się do Auschwitz, aby tam zdobywać informacje i przekazać je na zachód, a także, by organizować ruch oporu. Dzielił się jedzeniem, organizował pomoc. Żyjąc miłością, budził w sercach więźniów nadzieję, a przede wszystkim swoim przykładem chronił ich przed moralnym zepsuciem, ale i przed utratą nadziei.
Irena Sendlerowa, również kroczyła przez życie drogą miłości. Narażając siebie, ratowała żydowskie dzieci z getta warszawskiego. Przemycała je poza mury getta. W ten sposób uratowała około 2500 dzieci. Jej poświęcenie i heroizm, jak sól, wprowadzały do „piekła obozu” dobro, ale i chroniły otoczenie przed złem.
W domu, sąsiedztwie, czy też w pracy, nie raz spotykamy nieżyczliwych, czy obojętnych. Spotykamy zapewne i takich, którzy odeszli swoim życiem od Ewangelii. Jak w takiej sytuacji chrześcijanin powinien się zachować?
Ma być „solą ziemi”. Taką odpowiedź daje Jezus w dzisiejszej Ewangelii.
Tak, jak sól chroni potrawę przed zepsuciem, tak chrześcijanin swoją miłością i życzliwością chroni przed złem tych, którzy zeszli z drogi miłości.
Zatem, kroczmy drogą miłości. Czyńmy bliźnim dobrze, życzmy im dobra, ale i mówmy o nich dobrze. Wtedy uchronimy niejednego od zła, ale i potwierdzimy, że jesteśmy uczniami Chrystusa.
II Niedziela Wielkiego Postu, Rok A
1 marca 2026 r.
Kto chce iść za Mną, niech weźmie krzyż swój i Mnie naśladuje (Mt 16,24)
Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne (J3,16). Powyższe słowa z Ewangelii św. Jan wyraźnie mówią, że Syn Boży stał się Człowiekiem, by nas zbawić, czyli przywrócić życie wieczne, utracone przez grzech pierworodny.
Jezus, mając tego świadomość, cały czas, po rozpoczęciu publicznej działalności, kierował się do Jerozolimy, dokładnie ku Golgocie. Wiedząc jednak, co Go czeka tam, zapowiadał uczniom, i to kilkakrotnie, swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Chciał po prostu przygotować ich na dramatyczne wydarzenia Wielkiego Piątku.
Na tym jednak nie poprzestał. Zabrał jeszcze Piotr, Jakub i Jan na Górę Tabor i tam się przemienił, ukazują im swoje prawdziwe, Boże oblicze. Uczynił to również, by wzmocnić ich wiarę.
Apostołowie, zachwyceni widokiem uwielbionego Jezusa, zapragnęli pozostać na górze. Piotr nawet chciał postawić tam trzy namioty, by jak najdłużej doświadczać błogosławionej wizji. Jezus jednak, mając świadomość, że zmierza do Jerozolimy, zszedł z Apostołami z Góry Przemienienia, i skierował się do stolicy. Wiedział bowiem, że do Zmartwychwstania prowadzi tylko droga krzyża. Toteż, wezwał uczniów, by szli za Nim, mówiąc: Kto chce iść za Mną, niech weźmie krzyż swój i Mnie naśladuje (Mt 16,24).
Jak słowa te przełożyć na praktykę codziennego życia? Co znaczy, iść drogą krzyża?
Na pewno ten, kto pragnie iść drogą krzyża, nie musi szukać cierpienia. Cierpienie pojawia się w życiu człowieka niezależnie od jego woli. Często choroba, trudności w małżeństwie, buntujące się dziecko, samotność, czy też starość, pojawiają się samorzutnie. Zatem, kto pragnie kroczyć drogą krzyża, nie musi szukać cierpienia. Powinien jednak je przyjąć.
Cierpienie mimo wszystko przeraża człowieka. Nie powinno go jednak załamać. W takiej sytuacji powinien tak, jak Jezus w Ogrójcu, modlić się: Boże oddal ode mnie ten kielich cierpienia. Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie. Gdy jednak trzeba je przyjąć, uczeń Chrystusa powinien mężnie wziąć je na ramiona swoje, prosząc jednocześnie Boga o wsparcie i pomoc.
W 1994 r. 21-letni Piotr, chłopak Afrodyty, zastrzelił 17-letnią córkę piosenkarki Eleni. Artystka w wywiadzie wyznała, że po śmierci córki zawalił jej się cały świat. Jednak miłość, którą wyniosła z domu, pomogła jej wybaczyć mordercy. Nie uciekła jednak od cierpienia. Krzyż bolał, ogromnie bolał. Niemniej jednak wzięła go na swoje ramiona. Przebaczyła oprawcy, uwalniając się od zemsty, odwetu i nienawiści. W końcu zazna pokoju.
Wyobraźmy sobie inną sytuację. Jesteś zmęczony po pracy. Jedno z dzieci chce z tobą porozmawiać, drugie prosi o pomóc w lekcjach. Masz ochotę powiedzieć „nie teraz”, ale poświęcasz im swój czas. To właśnie jest twój krzyż.
Oto kolejna sytuacja. Kolega obraził cię. Najłatwiej byłoby odpłacić mu tym samym. Jako chrześcijanin wybierasz jednak przebaczenie. Nie odpowiadasz złością. To również jest twój mały krzyż.
Wnuczek pyta dziadka, Dziadku, co robiliście z babcią, że po ślubie wytrzymaliście ze sobą 50 lat? Dzisiaj, ludzie się rozwodzą po dwóch, trzech latach. Najczęściej mówią, że charaktery się nie zgadzały. Jaki jest wasz sekret?
Dziadek uśmiechnął się ciepło, chwycił wnuka za ramie i powiedział, widzisz wnusiu, my żyliśmy w trochę innych czasach. U nas panowała święta zasada, gdy się coś zepsuło, to się to naprawiało, a nie wyrzucało do śmieci. Dotyczyło to wszystkiego, od dziurawych skarpetek, starego telewizora, aż po miłość.
Gdy poróżniliśmy się z babcią, nie odwracaliśmy się od siebie, lecz wyciągaliśmy do siebie dłonie. Gdy któreś z nas obraziło drugiego, przepraszaliśmy się. A, gdy spotkałem atrakcyjną dziewczynę, wiedziałem, że miłość to nie pożądliwość, lecz wierność. Dlatego wiernie trwałem przy babci. Toteż, wytrwaliśmy razem, bo umieliśmy brać krzyż na swe ramiona.
W naszym rozważaniu dochodzimy do prostego stwierdzenia, ten bierze krzyż na swe ramiona, kto przebacza winowajcy, kto jest wiernym, gdy kusi odejście, kto opiekuje się chorym rodzicem, gdy potrzebuje pomocy, kto wstaje w nocy, gdy dziecko zapłacze, kto trwanie na modlitwie, nawet wtedy, gdy nic nie czuje.
Ale i ten bierze krzyż na swe ramiona, kto po rekolekcjach, po spowiedzi, czy też głębokiej modlitwie, schodzi z „góry zachwytu” i w poniedziałek…, w kolejne dni, w pracy, w kuchni przy zmywaniu, w konflikcie, w zmęczeniu, wiernie niesie krzyż, nawet wówczas, gdy nie „czuje Boga”.
Mówiąc krotko, ten kroczy drogą krzyża, kto codziennie czyni to, co dobre i wierne, mimo, że to jest trudne. A jest to możliwe, gdy, ufając Bogu, szuka u Niego wsparcia. Kto bowiem niesie krzyż z Jezusem, ten nigdy nie niesie go sam.